Był to piętnasty stycznia 2007 roku. Śnieg sypał z nieba, osiadając się na każdej wolnej powierzchni. Wbiłem wzrok w ziemię i ruszyłem powolnym krokiem w stronę domu znajdującego się dwadzieścia minut drogi od szkoły. Biegiem.
Powinienem jak zwykle wracać z siostrą, ale ona została w domu, by pomagać ojcu w jego kolejnym, szalonym projekcie. Nikt nie wierzył, że cokolwiek mu się uda, tylko ona była na tyle dziwna, żeby ślepo w niego wierzyć. Uśmiechnąłem się na myśl o niej. Na imię miała Teresa, po babci. Dziewczyna była niewątpliwie ślicznotką. Jej oczy były koloru morza, ciemne i wodniste. Idealnie pasowałyby do wiecznie smutnej, kamiennej twarzy, jednak nie można by powiedzieć, by miała takową. Wesolutka, optymistyczna dziewczynka, biegająca do sklepu po sprawunki, jakby od tego zależało jej życie była ulubionym dzieckiem całego miasta. Nos jej był prosty i mały, lekko zadarty, marszczący się za każdym razem, kiedy ojciec coś gotuje. Usta miała pełne, często przygryzione, kiedy się nad czymś zastanawiała. Czoło wysokie, zasłonięte grzywką, którą zawsze upierała się, że sama obetnie, aż stała się osiedlowym fryzjerem. Wszyscy sądzili, że w przyszłości to będzie jej zawodem, ale nic bardziej mylnego. Chyba tylko ja i tata wiedzieliśmy, że swoje życie ma zamiar związać z podróżami i dziennikarstwem. Była na tyle pewna siebie i śmiała, że nie bałaby się spytać nawet tygrysa o zdanie. Kochała zwierzęta, zresztą ze wzajemnością, jednak nie mogłaby stać się weterynarzem czy opiekunem dzikich stworzonek, bo jej wiotka i delikatna postawa nie pozwalała na zbyt duży wysiłek, a mdliło ją za każdym razem, kiedy widziała jakieś wnętrzności, bez znaczenia, jakiego gatunku.
Jadnak najbardziej ze wszystkiego, dbała o swoje włosy. Stosowała mnóstwo olejków i specjalnych szamponów, by utrzymać je w idealnym stanie. Były one koloru złota, niektóre pasemka były białe, by dodać im czegoś, za czym ludzie odwracaliby się na ulicach. I tak też robili.
Droga do domu minęła mi w takich rozmyślaniach. Wszedłem po schodach, i wyciągnąłem z kieszeni klucze by otworzyć drzwi, ale kiedy uniosłem rękę w zamiarze włożenia go do zamka, nagle wejście stanęło otworem. Zastygłem z kluczem w ręce, wpatrzony w twarz siostry.
- Włazisz, czy będziesz stał jak debil, patrząc na mnie jak na obrazek?
Uśmiechnąłem się szeroko, nie opuszczając ręki.
- To może szanowna panienka raczy przesunąć swoje cztery litery, bym mógł przejść?
Dziewczyna zmarszczyła nosek, ale ruszyła w głąb korytarza, krzycząc jakieś niezrozumiałe słowa do taty. Ściągnąłem buty i kurtkę, po czym poszedłem przywitać się z ojcem.
Nieraz zdarzało mi się, że musiałem przychodzić na zebrania z rodzicami mojej siostry, bo on siedział w swojej piwnicy, konstruując kolejne bezużyteczne badziewia. Całe dnie i noce tam przesiaduje, czasami tylko wychodząc, by coś zjeść lub zaznajomić się z naszym stanem zdrowia. Zszedłem po schodach składających się z luźno złożonych cegieł, wchodząc do jego samotni.
Jak zwykle zastałem cztery stoły ustawione w kwadracie zawalone najróżniejszymi przyrządami, których nazw nie potrafiłem spamiętać, a w środku tego chaosu mojego rodzica i Teresę. Ich pracy przyświecała pojedyncza, migocąca lampa, na której przez ostatnie czternaście lat osiadło się mnóstwo Rozmawiali bardzo podnieconymi głosami. Podszedłem do nich, trzymając ręce w kieszeniach. Popatrzyłem ponad ich ramieniem na mały przedmiot podobny do budki na klucze. Na drewnie wymalowane były dwa ptaki przystające do siebie tyłem. Jeden z nich był szary, z czarnym, przymrużonym okiem, a drugi niesamowicie kolorowy, którego oko było szeroko otwarte. Uniosłem brew i wsłuchałem się w konwersację rodziny.
- Tato, ale czy to na pewno zadziała?
- Oczywiście. Już się teleportowałem - odpowiedział mężczyzna bez zmrużenia oka.
Dziewczynka spojrzała na niego z wyraźnym zaskoczeniem.
- Kiedy? Nie zauważyłam, abyś zniknął na dłuższy czas.
On tylko machnął ręką.
- Zostałem tam tylko parę dni. Dla was czas się zatrzymał. Wiem, Teruś, że zrozumiesz.
Terasa pokiwała głową w zamyśleniu. Oboje spojrzeli na mnie, szukając czegoś w mojej twarzy. Uniosłem ręce i odsunąłem się, jakby czymś ugodzony. Dziewczynka spojrzała na mnie spode łba, a staruszek uśmiechnął się.
- Posłuchaj
Jak zwykle zastałem cztery stoły ustawione w kwadracie zawalone najróżniejszymi przyrządami, których nazw nie potrafiłem spamiętać, a w środku tego chaosu mojego rodzica i Teresę. Ich pracy przyświecała pojedyncza, migocąca lampa, na której przez ostatnie czternaście lat osiadło się mnóstwo Rozmawiali bardzo podnieconymi głosami. Podszedłem do nich, trzymając ręce w kieszeniach. Popatrzyłem ponad ich ramieniem na mały przedmiot podobny do budki na klucze. Na drewnie wymalowane były dwa ptaki przystające do siebie tyłem. Jeden z nich był szary, z czarnym, przymrużonym okiem, a drugi niesamowicie kolorowy, którego oko było szeroko otwarte. Uniosłem brew i wsłuchałem się w konwersację rodziny.
- Tato, ale czy to na pewno zadziała?
- Oczywiście. Już się teleportowałem - odpowiedział mężczyzna bez zmrużenia oka.
Dziewczynka spojrzała na niego z wyraźnym zaskoczeniem.
- Kiedy? Nie zauważyłam, abyś zniknął na dłuższy czas.
On tylko machnął ręką.
- Zostałem tam tylko parę dni. Dla was czas się zatrzymał. Wiem, Teruś, że zrozumiesz.
Terasa pokiwała głową w zamyśleniu. Oboje spojrzeli na mnie, szukając czegoś w mojej twarzy. Uniosłem ręce i odsunąłem się, jakby czymś ugodzony. Dziewczynka spojrzała na mnie spode łba, a staruszek uśmiechnął się.
- Posłuchaj
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz